Noc z czwartku na niedzielę
„Noc z czwartku na niedzielę" Gai Grzegorzewskiej to udanie rozegrany w wielkomiejskich realiach klasyczny kryminał w duchu Agathy Christie. A przy okazji frapujący portret ducha czasów.


Gaja Grzegorzewska, jak głosi notka na czwartej okładce książki, jest „najmłodszą, nadal, polską autorką kryminałów" - nie mnie oceniać, czy to istotnie prawda, niemniej podobne stwierdzenie musi budzić nieufność połączoną z zaciekawieniem. Tym bardziej, że mamy do czynienia już z drugą powieścią pisarki. Pierwsza, „Żniwiarz", traktowała o zbrodni prowincjonalnej i była - teraz to widać - średnio udaną wprawką przed „Nocą z czwartku na niedzielę", pełnokrwistym kryminałem otwierającym pole dla rozmaitych nieoczekiwanych interpretacji Znajomość „Żniwiarza" me jest zresztą konieczna, by móc czytać „Noc..." z przyjemnością, choć autorka przenosi pewne wątki i postaci do kolejnej książki.

Oto bowiem dziarska Julia Dobrowolska, główna bohaterka debiutu, rozpoczyna pracę w telewizyjnym show kryminalnym, prowadzonym przez dziennikarza śledczego Wiktora Bergena. Praca przynosi ulotną sławę i całkiem konkretne pieniądze, ale Julia jest istotą pryncypialną i ma inne zamiary. Jak to bywa w literaturze (bo przecież nie w życiu), gdy na dobre postanawia odejść, ma miejsce zdarzenie, które jej to skutecznie uniemożliwi. Siostra bohaterki pakuje się niespodziewanie w morderstwo popełnione w modnym krakowskim klubie, a Wiktor wiedziony niezawodnym telewizyjnym instynktem, postanawia poprowadzić w tej sprawie śledztwo na oczach kamer. Jakby tego było mało, sprawę ze strony policji dozoruje były wiarołomny kochanek pani detektyw, klub zaś przypomina labirynt i skrywa wiele wstydliwych tajemnic.

Grzegorzewska mimo wielkomiejskich, dekadenckich dekoracji pozostaje wierną uczennicą Agathy Christie - wraz z medialną ekipą śledczą, policjantami i tłumem podejrzanych zostajemy zamknięci w korytarzach i salach współczesnej jaskini rozpusty. W ciągu trzech kolejnych nocy bohaterowie właściwie nie opuszczają klubu, a przebiegła Julia wędruje niczym Herkules Poirot, po nitce do kłębka. Wszystkie elementy układanki elegancko do siebie przylegają, napięcie nie opada, w kandydatach na zabójcę można przebierać jak w ulęgałkach - miłośnicy klasycznego kryminału nie będą zawiedzeni.

Jednak najciekawsze rzeczy dzieją się tu poza kadrem. Grzegorzewska opowiada o zbrodni w społeczeństwie dziwnie wypranym z emocji - mimo że wiele mamy tu związków pokrewieństwa, bohaterowie szybko i łatwo zapominają o rodzinnych relacjach, nawet wówczas, gdy chodzi o najpoważniejsze przewiny i wielką odpowiedzialność. Można by z tego uczynić autorce zarzut, ale mnie przychodzi do głowy, że to raczej błyskotliwa obserwacja obyczajowa Podobnie jest w powieści z uczuciami: są powierzchowne, dość egoistyczne, łatwo zaspokajalne - szybki seks w dowolnej płciowej konfiguracji funkcjonuje tu jako sentymentalna waluta wymienialna. Być może autorka mimochodem pisze w „Nocy..." o świecie przyszłości, w którym zdecydowanie łatwiej kogoś zamordować albo naszpikować narkotykami, niż powiedzieć bliskiej osobie, że się ją kocha.

Piotr Kofta / Dziennik Polska Europa Świat