Trzy dni komisarza Zielonego - Śmierć w darkroomie
Robert Ostaszewski, Gazeta Wyborcza


Marcin Świetlicki w „Dwanaście" i „Trzynaście" stworzył kryminał krakowski. Edward Pasewicz natomiast spróbował napisać kryminał poznański i gejowski.

Pasewicz (ur. w 1971 r.) debiutuje jako prozaik. Do tej pory dal się poznać jako interesujący poeta („Dolna Wilda", „Wiersze dla Róży Filipowicz"). Namówiony przez redaktorów wydawnictwa EMG na napisanie prozy kryminalnej wywiązał się z tego zadania nieźle, chociaż napisał kryminał mocno udawany, w którym jedynie bawi się konwencją. Oczywiście, jest w tej powieści trup, pojawia się już w prologu. Po spacyfikowanej przez policję Paradzie Równości w darkroomie gejowskiej knajpy Grzechu Warte klienci, demoniczne bliźniaki, znajdują martwego geja. Oficjalne śledztwo zamyka stwierdzenie, że chłopak umarł śmiercią naturalną. Nie wierzy w to jego starszy brat, policjant Zielony, który przy¬jeżdża do Poznania, aby przez trzy dni prowadzić prywatne dochodzenie.

Zielony to policjant po przejściach, w średnim wieku, porzucony przez puszczalską żonę, zgorzkniały, zagubiony, postrzegający samego siebie niemal jako „żywego trupa" i nieustannie w trupa się zalewający. Kolejny glina nieudacznik, któremu nic w życiu nie wychodzi. Trudno powiedzieć, że prowadzi on jakiekolwiek dochodzenie, po prostu łazi po knajpach gejowskich,  poznaje znajomych brata, którego przez lata ignorował. Na rozwiązanie zagadki trafia właściwie przypadkiem, odkrywając mroczną tajemnicę rodzinną.Czytelnicy, którzy lubią wraz z narratorem bawić się w zgadywanie: „kto zabił?", nie pożywią się zbytnio książką Pasewicza, ale też intryga wcale nie jest w niej najważniejsza. Cóż więc takiego?

„Śmierć..." jest dobrą powieścią obyczajową. Przedstawia galerię osobowości - różnorodnych, autentycznych i zmyślonych. Są tam „ciotki konsumpcjonistki", „ciotki anarchistki" i „ciotki blokersówy", drag queens, geje emancypowani, tacy, którzy w związkach homoseksualnych szukają jedynie erotycznego spełnienia (jeden z nich rzuca hasło: „Miłość, wolność, orgazm"), i tacy, którzy szukają miłości. Są czuli kochankowie i masochiści, jest nawet ksiądz kontemplujący piękno młodych ciał (ale nic poza tym). Pasewicz ukazuje całą rozmaitość tego światka.

Trudno jest uniknąć porównań powieści Pasewicza z innymi książkami z nurtu prozy gejowskiej,  choćby ze słynnym „Lubiewem" Michała Witkowskiego. Jak to porównanie wypada? Z jednym zastrzeżeniem ciekawsza mimo wszystko zdaje się „Śmierć w darkroomie". Witkowski jest sprawniejszym pisarzem, ma lepiej ustawiony, efektowniejszy styl, ale Pasewicz przedstawia światek gejowski w sposób bardziej urozmaicony. Świat „Lubiewa" wydawał się egzotyczny, choć, oczywiście, był celowo przegięty. W powieści Pasewicza uderzyła mnie normalność opisywanych ludzi. To prawda, są tam wariaci czy zboczeńcy, ale tacy trafiają się wszędzie. Ci ludzie są zafiksowani na seks albo potrafią się bez niego obejść, lepiej lub gorzej radzą sobie z problemami; mają tylko nieco inny styl życia, ale nie są „egzotycznymi ptakami", jak to bywa w tekstach z nurtu gejowskiego. Ten efekt udało się uzyskać Pasewiczowi dzięki dystansowi Witkowski snuł opowieść z samego środka gejowskiego światka, Pasewicz, choć sam jest gejem, potrafił spojrzeć na niego z boku. Dlatego tak zaprojektował postać głównego bohatera - zdecydowanie hetero-seksualnego, choć nie stroniącego od eksperymentów, o czym świadczy jego powikłana relacja z Młodym. To właśnie Zielony komentuje rozmaite przegięcia gejów, które zwykle życie zamienia w dziecinny jego zdaniem teatrzyk.

Pasewicz uniknął też zideologizowania. Są tu wprawdzie wątki poboczne, w których sporo uwagi poświęca się kwestiom równouprawnienia czy braku tolerancji dla inności (np. brat Zielonego i jego chłopak mają ogromne problemy z dominującymi ojcami, którzy ich nie akceptują). „Śmierć..." nie jest jednak równościową agitką. I dobrze!