| TOPIELICA - fragment |
|
Wkrótce jednak to wspólne nocne pływanie zaczęło jej się podobać. Zbliżała się pełnia, księżyc był już spory i odbijał się w jeziorze, lekko zmąconym ruchami dwójki pływaków. Było coś niesamowitego w tej ciszy i spokoju wokoło. W lesie zakwilił jakiś nocny ptak, szuwary szumiały, a woda rozgarniana ich ramionami szemrała cicho. Gdy odpłynęli spory kawałek od brzegu, chmura przesłoniła księżyc. Jakby ktoś zgasił reflektor oświetlający scenę. – Wracajmy – szepnął Aaron. Zawrócili. Płynęli, nie odzywając się do siebie. Ale Julia czuła, że znowu coś ich połączyło. Już nie chciała uciekać do bezpiecznej przystani, jaką był dla niej Wiktor. Chciała tu zostać. Cokolwiek się wydarzy. Wpłynęli w przesmyk między szuwarami, który prowadził do zacumowanej łodzi. Lekki podmuch wiatru przyniósł z gęstwiny odór zgnilizny. Łódź, oświetlona dwiema lampkami, wyglądała wyjątkowo spokojnie i kojąco. Julia zamarzyła teraz o ciepłym, szorstkim ręczniku, masującym zmarznięte ciało, szlafroku frotté, kubku gorącej kawy, papierosie i wspólnym milczeniu lub rozmowie do rana. Nagle zahaczyła o coś. – Przepraszam – mruknęła do Aarona. – Chyba cię kopnęłam. – Nic podobnego. Rzeczywiście. Nie mogła go kopnąć. Płynął metr za nią. – Nie strasz mnie – mruknęła, ale głos jej zadrżał. – Pewnie ryba... – Aaron urwał nagle i Julia usłyszała, jak ze świstem wciąga powietrze. – O, kurwa! Kurwa mać. – Co jest? – teraz Julia przestraszyła się nie na żarty. – Płyń dalej. Nie patrz tu – wydał jej rozkaz. Ale Julia już się odwróciła. Księżyc wyłonił się zza chmury. Specjalnie dla Julii oświetlił unoszące się na wodzie opuchnięte zwłoki. Julia otworzyła usta, ale Aaron momentalnie zasłonił je swoją dłonią. – Nie krzycz – wyszeptał, muskając jej ucho zimnymi wargami. Trzymał ją tak w ramionach w obecności trupa i Julia czerpała z tej sytuacji pewną niezdrową przyjemność. A potem pojawiła się pierwsza myśl, której po chwili się zawstydziła. Owa myśl brzmiała: czyli z ciepłego szlafroka, kawki, papieroska i pogaduszek podszytych flirtem gówno będzie! Głośno wyraziła swą irytację. – Kurwa. Trup. Topielec. – Nie da się ukryć – westchnął Aaron. – Julio, popłyń do łodzi po latarkę i zadzwoń po policję. Podaj im naszą szerokość geograficzną. – A co to ja jestem, Magellan? – mruknęła. W gruncie rzeczy była zadowolona, że to nie jej przypadło zadanie pilnowania napęczniałego nieboszczyka. Popłynęła. Wdrapała się na pokład i chwyciła najbliżej leżącą komórkę. Potem pobiegła po mapę. Wystukała numer. Zauważyła, że wcale nie jest jej zimno. Rzeczowym tonem wytłumaczyła oficerowi dyżurnemu, co się wydarzyło. Młodzieniec po drugiej stronie wydawał się podejrzliwy. A najbardziej podejrzany był dla niego spokój Julii. – A to nie żart? – spytał z powątpiewaniem. – Coś pani za spokojna. – Mogę trochę popiszczeć, jeśli to przyśpieszy wasze działania. Słuchaj pan. Jestem prywatnym detektywem. Julia Dobrowolska. Może mnie pan sprawdzić. Na topielca natknęłam się z komisarzem Aaronem Goldenthalem. Jego też niech pan sprawdzi. Tego dla młodego policjanta było już za wiele. Baba – detektyw (co za czasy nastały, Sodoma i Gomora, gdzie się te baby teraz pchają i po co, to Bóg jeden wie, a może i on nie wie) i jakiś, kurde, komisarz o nazwisku nie do wymówienia. No jaja pańskie. Pyszny żart. Ale nie z nim takie żarty! Posłusznie jednak wklepał nazwiska do komputera. Julia powoli zaczynała tracić cierpliwość. Przeliterowała po raz kolejny nazwiska i już myślała, że nic z tego nie będzie, kiedy coś w głowie dyżurnego zaskoczyło, klapka się uchyliła, a on wymruczał zmieszany: – Ano są państwo. Figurują. Piękne zdjęcie. Muszę przyznać. Przecież ja panią oglądałem co tydzień. Dlaczego już pani nie występuje? Taka gwiazda! Ma tu pani u nas na komisariacie wielkich fanów. W tym momencie Julia zupełnie nie czuła się gwiazdą. Powiał wiatr i zimno zaczęło jej doskwierać, a czekało ją jeszcze ponowne wejście do wody i oświetlanie Aaronowi trupa. – Słuchaj pan – powiedziała ostro, ale zaraz złagodziła głos do miłego dla ucha lekko mruczącego tembru. – Proszę przysłać radiowóz, techników i karetkę. A ja panu podam przez kogoś moje zdjęcie z autografem. – Serio? – Serio. Tylko z życiem, błagam. Julia podała szerokość geograficzną i opisała miejsce, gdzie zacumowali. Odłożyła komórkę na stół i odszukała latarkę. Potem ponownie zeszła do wody. Wydawała jej się jeszcze zimniejsza. A także czarna jak posoka, brudna, nieprzyjazna, zapchana trupami i ich wypatroszonymi wnętrznościami. Wzdrygnęła się i podpłynęła do Aarona. Tkwił nadal w tym samym miejscu. Obok niego na wodzie majestatycznie unosił się wielki jak balon topielec. – I co? Zaprzyjaźniliście się już? – spytała, wskazując głową nieboszczyka. – Co tak długo? – warknął. – Trafiłam na wyjątkowego tłuka dyżurnego. Musiałam go przekupić swoim zdjęciem z autografem. – Gołym? – Tak, Aaron. Gołym – syknęła zirytowana. – Przecież innych nie posiadam. |



















