| INSPEKTOR VAN GRAAF - fragment |
|
Doktor Figlon? Ernst próbował ułożyć sobie w głowie wszystkie informacje, jakie posiadał o tym człowieku. Wybitny przedstawiciel wybitnie niepraktycznej dziedziny wiedzy. Umiarkowany ekscentryk, nie wyróżniający się pod tym względem spośród szeregu pracowników uczelni, słynących głównie z wykoncypowanych dziwactw. Właściciel kilku drogocennych drobiazgów, choć oficjalnie nie przywiązuje wagi do pieniędzy. Preferuje „specyficzny gust”, jeśli chodzi o towarzystwo kobiet, tak to określił Frank. Od kilku lat postrach przestępców wagi ciężkiej, wspomagający szefa wydziału zabójstw w rozwiązywaniu kryminalnych łamigłówek. Do czego może się przydać ktoś taki w kurorcie, w którym od wieków nie wydarzyło się nic ciekawszego od kradzieży wody mineralnej w supermarkecie i pobicia namolnego amatora wolnej miłości? Co ten szurnięty Van Graaf znowu wyczuł swoim wielkim, niezawodnym nochalem? – Kto dzwonił? – usłyszał szept z drugiego końca łóżka. Kornelia uniosła się na łokciach i spojrzała z niepokojem na męża. Właściwie nie potrzebowała pytać, znała to smutne spojrzenie, jakie wywoływały u Nathaniela telefony Franka, przypominające mu o prawdziwych kryminalnych zagadkach, jakie zdarzały się gdzieś tam, w wielkim świecie, o tajemnicach, które on mógłby osobiście rozwikłać i stanąć potem w blasku fleszy fotografów z największych światowych gazet, gdyby nie utkwił na dobre w tym uroczym kurorcie, tętniącym życiem w lecie aż do białego świtu, ale zasypywanym piaskiem tuż po wakacyjnym sezonie. Zawsze w takich chwilach ciążyło jej poczucie winy, jakby jej miłość i to wszystko, co razem stworzyli, odgradzało go od spraw naprawdę ważnych. Gdyby chociaż kierował którymś z posterunków w sąsiednim Gdańsku albo graniczącej przez płot Gdyni! Tam zdarzały się prawdziwe krwawe zbrodnie, słynne na cały kraj marynarskie pojedynki na noże i tasaki albo gangsterskie porachunki z wykorzystaniem haubic i trotylu. Ale Nathaniel, związując się z rdzenną sopocianką, zatrzasnął sobie przed nosem drogę awansu w ościennych miastach, rywalizujących zawzięcie z kurortem o miano letniej stolicy. Chociaż każdy przechodzień zapytany o to na ulicy w Strzyżowie lub w Pułtusku bez zastanowienia odpowiedziałby, że tytuł ten od zawsze i na wieki dzierży Sopot. Dowód niezbity, jakże bolesny dla ambicji młodego oficera policji: gangsterzy wszelkiej maści, z całej Europy i przybocznych krain, przyjęli przez aklamację uchwałę, że jej rodzinne miasteczko zyskało status neutralnego kurortu, a zatem zakazane jest na jego terytorium noszenie lub używanie broni wszelkiego kalibru i złamanie tej niepisanej zasady grozi kalectwem lub śmiercią każdemu sprawcy – bez względu na jego bandycką rangę. Nic więc dziwnego, że Sopot był martwym polem dla spragnionego sukcesu policjanta; z powodu zmowy świata przestępczego nie miała prawa wydarzyć się tu żadna planowana zbrodnia, co najwyżej mógł się tu przypałętać jakiś drobny rzezimieszek-amator, kompletnie nieświadomy statusu miasta na bandyckiej mapie. A i tak zwykle, zanim zgarnął go policyjny radiowóz wezwany na miejsce przestępstwa – czytaj: kradzieży wycieraczki lub odkręcenia samochodowej anteny – porywał go i zakopywał na wydmach poruszający się nieoznakowanym samochodem bandycki patrol, dbający o spokój szefów, wypoczywających po trudach prawdziwych przestępstw i zbrodni. |



















