Gaja idzie po trupach

Z Gają Grzegorzewską rozmawia Aneta Pondo

Źródło: Miasto Kobiet

Wiadomo było, że spotkamy się w Mleczarni na Kazimierzu, bo to ulubione miejsce krakowskich "kryminalistów". czekając na moją rozmówczynię, kątem oka złowiłam potężną postać Irka Grina. Przy innym stoliku siedział Edward Pasewicz (podobno niedawno przeprowadził się do Krakowa), który na widok Gai zakrzyknął: O! Marcin [Świetlicki - przy.red.] tez będzie?

Aneta Pondo: Swój pierwszy kryminał napisałaś do szuflady? Czy od razu myślałaś o wydaniu go?

Gaja Grzegorzewska: Chciałam, żeby ktoś go wydał, ale nie bardzo wiedziałam, jak się za to zabrać, więc dwa lata przeleżał w szufladzie. Potem okazało się, że to jest bardzo łatwe, wystarczyło pokazać książkę jednej odpowiedniej osobie. Ale nie zrobiłabym tego - to znaczy nie podeszłabym podczas Festiwalu Kryminału do Irka Grina (pisarz i prezes wyd. EMG -przyp. red.) i nie wręczyłabym mu rękopisu "Żniwiarza" - gdyby mama mnie do tego nie popchnęła, i to wręcz fizycznie, bo była ze mną. A jemu na szczęście chciało się go przeczytać. Tak, bo wbrew temu, co się myśli, wydawcy czytają maszynopisy.

A.P.: Co było dalej?

G.G.: Usłyszałam, że mogę się spodziewać odpowiedzi za trzy miesiące, a otrzymałam ją po tygodniu. Byłam zaskoczona i bardzo ucieszona.

A.P.: Cztery lała temu, kiedy ukazał się Żniwiarz, pisano, że jesteś najmłodszą autorką kryminału. Wyrosły już młodsze?

G.G.: Są jakieś młodsze autorki, ale przyznam z lekkim wstydem, że ich nie znam.

Całość wywiadu można przeczytać tutaj