Nos do kryminałów
Piotr Bratkowski o Gai Grzegorzewskiej w Newsweeku

 

Gaja Grzegorzewska zapowiada, że będzie pisać jako Gajur Gajursson. Ze skandynawskim, męskim nazwiskiem łatwiej się przebić.

Przemówienia dziękczynne laureatów rozmaitych nagród są zwykle przewidywalne do bólu. Ale zdarzają się wyjątki. W ostatnią sobotę listopada we Wrocławiu, odbierając nagrodę Wielkiego Kalibru za powieść „Topielica” (za najlepszy polski kryminał roku) i towarzyszący jej czek na 25 tysięcy złotych, Gaja Grzegorzewska powiedziała: „Myślałam, że będę jak Martin Scorsese i pod koniec życia napiszę jakiś słaby, dwudziesty kryminał, za który dostanę tę nagrodę. Jestem wzruszona i zaskoczona, że nowym nosem będę się cieszyć trochę dłużej”. Z tą korektą nosa to tak do końca nie wiadomo. Bo gdy Grzegorzewska wypowiada się publicznie, często granicę pomiędzy szczerością a specyficznym poczuciem humoru rozpoznają tylko przyjaciele pisarki.

Jest fanatyczką Facebooka. Przypłaciła to nawet swego czasu zablokowaniem konta za podawanie fałszywych danych: przedstawiała się bowiem jako Gaja Fejsbuk Grzegorzewska. Nie posługuje się popularnym portalem, by intelektualnie zabłysnąć. W informacjach o pracy podaje, że jest „robolem w filmie robol”. Obwieszcza wszem i wobec, że chce jej się spać albo że zjadła rybę na śniadanie. Że ma kaca albo idzie się napić. A już z festiwalu powieści kryminalnej we Wrocławiu, zanim okazało się, że otrzymała Wielki Kaliber, z dumą informowała o innym sukcesie – udało jej się załatwić ten sam co zawsze pokój hotelowy, w którym spod prysznica da się oglądać telewizję. Zaś Gaja „Fejsbuk” przeżywa żałobę po śmierci Hanki Mostowiak oraz rozpacza, gdy przegapi powtórkę „Klanu”. Tak przekonująco, że niektórzy biorą to na poważnie. – Jestem fanką złej telewizji – mówi, gdy na chwilę zdejmuje błazeńską maskę.

Przeczytaj cały tekst w Newsweeku z 12.12.2011 lub tutaj