Ja jestem manifestem
Rozmowa z Marcinem Świetlickim w specjalnym wyydaniu tygodnika "Newsweek" NEWSWEEK: Jest Listopad 1989 roku, Warszawa.Dwóch nieznanych poetów wypycha z zaspy malucha, żeby pojechać nim do sklepu po wódkę. Przypomina ci coś ten obrazek?
MARCIN ŚWIETLICKI: No, coś takiego było. Podejrzewam, że znam tych dwóch.

Wkrótce ich losy potoczą się niemal w przeciwnych kierunkach. Jeden „wystrzeli", zostanie uznany za najbardziej obiecującego poetę młodego pokolenia. Drugi zostanie dziennikarzem, natomiast wiersze będzie pisał coraz rzadziej i z czasem zamilknie. Wtaśnie drugi robi wywiad z tym pierwszym, l pyta: czy czujesz się beneficjentem przemian 1989 roku?
- Tak, tak, ja odpowiem, że może i troszeczkę czuję się beneficjentem, a „Newsweek" da tytuł „Czuję się beneficjentem przemian", już ja znam te sztuczki. A jak powiem, że chyba nie, to „Newsweek" da tytuł: „Stanowczo protestuję, nie jestem żadnym beneficjentem przemian 1989 roku".

Od razu widać, że pan się nie znasz na mediach. Takie długie tytuły to się nawet nie pomieszczą! - Więc tym bardziej wolę odpowiedzieć ostrożnie. Tak się złożyło, że mój debiut książkowy wydarzył się po roku 1989 i przypuszczam, że przed rokiem 1989 by się ta książka nie ukazała. A przynajmniej nie z tymi wierszami.

W lata 90. wchodziłeś jako facet prawie już 30-letni, bardzo dobry, ale nieznany poeta, niepasujący ani do oficjalnego, ani do podziemnego obiegu. Rzuciłeś studia, odsłużyłeś wojsko. Praktycznie bez zawodu imałeś się różnych - mówiąc po dzisiejszemu - śmieciowych zajęć. Rozwieszałeś obrazy na wystawach, no i byłeś dozorcą, dzięki czemu mogłeś mieszkać w stróżówce z kiblem w podwórku...
- Różne rzeczy się robiło, w różnych miejscach się mieszkało. Nie za bardzo wierzyłem, że coś z tego pisania będzie. Czytałem to, co w różnych obiegach się pojawiało, i miałem świadomość, że nikt mnie z moimi wierszami nie zechce. Ale jak mówił Gandhi: najpierw cię lekceważą, potem się z ciebie śmieją, następnie z tobą walczą, a w końcu wygrywasz. I tak się wydarzyło.

Jesteś chyba - po Różewiczu - najbardziej rozpoznawalnym polskim poetą. Później chyba już nikomu nie udało się wyjść poza wąski obieg, bo poezja stała się sprawą niszową. Czy sądzisz, że udałoby ci się tak mocno przebić, gdybyś debiutował 10 lat później?
- Na pewno nie. Miałem dużo szczęścia, że urodziłem się w odpowiednim momencie. I że zadebiutowałem w odpowiednim momencie. Wszedłem na pustą scenę i zacząłem wrzeszczeć. Dziesięć lat później na tej scenie umościli się wygodnie inni i na pewno by mnie nie wpuścili... Pojawili się poważniejsi i bardziej akuratni ode mnie poeci, a i ci z poprzedniego okresu przeżyli pozytywną przemianę i zaczęli sobie świetnie radzić w nowej rzeczywistości. Jakoś udało mi się trafić we właściwy czas, znalazłem sobie miejsce i tyle. A z tym drugim po Różewiczu to nie przesadzajmy, gdybyś zapytał jakiegokolwiek krytyka albo poetę, to na pewno takiego miejsca by mi nie przyznali.

Cała rozmowa Piotra Bratkowskiego z Marcinem Świetlickim została opublikowana w numerze specjalnym Newsweeka (1/2014) z 28 kwietnia 2014